Pierwszy wieczorek literacki Grupy Literackiej Neon!

POEZJA / PROZA Bydgoskie Spotkania z Literaturą - 22 kwietnia 2013

WYNIKI konkursu NEOpoeticoN

Sprawdź, kto został laureatem I Ogólnopolskiego Konkursu Literackiego NEOpoeticoN

Literacka stolica Polski

Artykuł o robotniczym mieście z kulturalnym potencjałem

Piknik Literacki w Bydgoszczy "

29 czerwca o godzinie 16:00 na Wyspie Młyńskiej odbędzie się w Bydgoszczy Piknik Literacki. Będzie się działo!

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą otchłań. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą otchłań. Pokaż wszystkie posty

marca 25, 2012

Otchłań Epizod 3: Głos sumienia

Oto kolejna część opowiadania Piotra Charchuty, którego początek miał miejsce w styczniowym numerze naszego miesięcznika. Poznaj losy Russela Ferna - wampira.


Tak jak poinstruowała mnie Raven, pomagałem poszkodowanym mieszkańcom Riverblood. Pomagałem przy zbieraniu niedopalonych szczątków, które wrzucaliśmy na jedną kupę, aby potem je doszczętnie spalić. Między mieszkańcami lawirowała Laura, dzieląc się z nimi krwią.
            Wampirzyca podeszła do mnie, gdy wrzucałem na stertę ciał niedopaloną rękę.
- Może chcesz się napić?
- Dzięki. Straciłem chyba wszystkie siły.
- Martwię się o Raven.
- Ja także - odparłem.- Sądzisz, że powinienem zlekceważyć jej polecenie?
- Rób to co uważasz za słuszne, Russelu. Raven jest silna, ale los bywa okrutny.
- Masz rację. Jestem tego żywym albo raczej nieżywym przykładem.
            Zacząłem się intensywnie zastanawiać nad tym, co powinienem teraz zrobić. Robiło się coraz ciemniej, a Raven wciąż nie wracała. Przechodziłem niedaleko miejsca, gdzie były przywiązane inne konie. Podszedłem do jednego z wierzchowców i pogłaskałem go.
            Analizowałem wszystko bardzo dokładnie. Martwiłem się o Raven, ale nie chciałem jej przeszkadzać. Byłem tu nowy. Nie znałem jeszcze wszystkich tutejszych zwyczajów. Czułem się samotny, a Raven była moją jedyną przyjaciółką.
- Pomóc jej, czy nie pomóc? Oto jest pytanie. – Szekspir doskonale wiedział, co pisze. Każde pytanie zadanie w tej Hamletowskiej formie daje do myślenia. – Cholera! Sam już nie wiem. Mam przy sobie kuszę, ale czy uda mi się jej użyć?
- Fern! Ty idioto! - zabrzmiał głos znikąd.
- Co? Co jest grane? Kim jesteś? Gdzie jesteś?
- To, kim jestem, nie jest w tej chwili ważne. Ważne jest to, że masz kobietę i dzieciaka do ocalenia.
- Nie jestem wariatem, żeby słuchać głosu w mojej głowie.
- Nie irytuj mnie, Fern! Chcę ci pomóc. Raven potrzebuje twojej pomocy i gówno mnie obchodzi, co o tym sądzisz.
- Kim ty jesteś, żeby mi rozkazywać?
- Potraktuj mnie jak sumienie. Wkrótce się spotkamy. Mam nadzieję.
- Powiedz mi, kim jesteś do cholery!
- Spokojnie Fern. Wszystkiego się dowiesz… W swoim czasie.
- Hej! Nie znikaj! Słyszysz?! Hej!
            Jakkolwiek głupio to zabrzmi, ale głos w mojej głowie miał rację. Powinienem ruszyć dupę i pomóc Raven i Rolandowi. Miałem cichą nadzieję, że jeszcze żyli. Wsiadłem na wierzchowca i pojechałem tam, gdzie miało się odbyć spotkanie.
            Kiedy dotarłem na miejsce, z trudem łapałem się w kierunkach, było ciemno jak w dupie u Murzyna, a poza tym nikogo nie było. Wytężyłem wzrok i powoli zaczęły przede mną kształtować się rysy otoczenia. Po prawej stronie znajdowała się grota, po lewej ścieżka wiodąca na zachód. Przede mną natomiast malowało się zejście do wąwozu. Podszedłem do krawędzi i dostrzegłem leżące szkielety. Było to ciekawe, ponieważ były to ludzkie szczątki, a nie mogły to być szczątki wampirów, gdyż my po śmierci zamieniamy się w pył.
            Skierowałem się do wąwozu. Ześlizgnąłem się w dół. Zawiał lekki wiatr i tumany kurzu otoczyły mnie zupełnie jakby szykowały się do ataku. Szedłem przed siebie, łudząc się, że tu w dole znajdę jakieś wskazówki, które pomogą mi odnaleźć moją towarzyszkę i Rolanda.
            Nagle usłyszałem, jak coś się porusza. Spojrzałem w lewo i zobaczyłem rozpadającą się stertę kamieni i wypełzającego z pod nich wampira. Natychmiast ruszyłem w jego kierunku i przygniotłem go do ściany. Był paskudny, nie miał lewego oka, był czarnoskóry i do tego miał bliznę na prawym policzku.
- Gadaj, gdzie twoja banda i dziewczyna z dzieciakiem!?
- Myślisz, że ci powiem? Głupiś.
- Może i tak, ale się nie poddam.
- Doprawdy?
            Wampir odepchnął mnie z wielką siłą i uderzyłem o ścianę wąwozu. Napastnik podniósł jedną z kości, dość solidną, i ruszył w moim kierunku. Zamachnął się, jednak ja zdołałem uskoczyć i poczęstować go kopniakiem w twarz.
- Tfu.- Wampir splunął krwią. – Pożałujesz tego, pajacu. Rozszarpię cię na strzępy. Jestem wielki Somel!
- Chyba już nie taki wielki, skoro leżałeś pod stertą kamieni.
- Ty gnoju!
            Somel wykonał szybki obrót na ziemi i podciął mnie, po czym z całych sił zadał cios w głowę kością, którą trzymał w łapie. Poczułem ból. Wampir kopnął mnie w bok i przeleciałem kilka metrów. Próbowałem się podnieść, ale  nie dałem rady.
- Nie poddawaj się!
            Kolejny głos w głowie, ale tym razem doskonale wiedziałem, kto to.
- Russel, posłuchaj mnie. Zostałeś stworzony przez mojego ojca. Płynie w nas ta sama krew.
- Kael? O czym ty mówisz?
- Co tam burczysz pod nosem? – spytał Somel i nadepnął mi na głowę. – Pora kończyć tę farsę.
- Russel! Ogarnij się! Masz w sobie moc. Krew de Kvatchów jest natchniona mistycznymi właściwościami.
- Ma....gia… - wydusiłem z siebie.
- Tak, właśnie. Odnajdź w sobie moc. Dokonaj niemożliwego. Od teraz będziesz posiadał moje wspomnienia. Będziesz wiedział, jak wykorzystać magię, którą i ja władam. Walcz, Russel! Wierzę w ciebie!
- Giń pajacu! - krzyknął wampir.
Jakież było jego zdziwienie, kiedy zadał cios w powietrze zamiast w swojego rywala. Zbierałem siły. Ziemia wokół mnie drżała, pył, piach, kamienie i kości unosiły się delikatnie wokół mnie. Somel patrzył zaskoczony. Powoli cofał krok.
- To jak będzie? Powiesz, gdzie są twoi towarzysze, czy nie?
- Za nic!
- Czy mi się wydaje, czy się boisz wampirze?
- Somel… Somel nie boi się niczego!
            Kamienie krążące wokół mnie zaczęły uderzać w mojego przeciwnika z prędkością karabinu maszynowego. Po chwili do kamieni dołączyły kości. Wampir starał się robić uniki, ale słabo mu to wychodziło.
Murzyn w końcu wyskoczył w górę, i robiąc salto, zadał mi silny cios w klatkę piersiową. Ponownie leżałem jak długi. Kątem oka zobaczyłem moją kuszę, która w trakcie walki oderwała się od mojego ekwipunku i leżała na ziemi. Czarnoskóry  wampir wziął ją i wycelował we mnie. Przyszła chyba pora na to, żebym pożegnał się z życiem.
Wampir miał już pociągnąć za spust, kiedy coś go trafiło.
- AAAGH!!! Kurwa! Moja noga! Kurwa! Kurwa! Kurwa!
Somel zwijał się z bólu. W jego nodze znajdował się kołek. Przez pierwszą chwilę zastanawiałem się, kto mi pomógł. Później jednak wziąłem kuszę i wycelowałem w mojego rywala.
- Teraz gadaj!
- Droga na zachód! Jeden dzień drogi…. Nasz obóz… SZLAG!!!! JAK BOLI!!! Pomóż. Błagam.
- Nie - powiedziałem twardo i strzeliłem wampirowi w serce. 

Ciąg dalszy nastąpi…

marca 09, 2012

Otchłań Epizod 2: Krwawe żniwa


Otchłań
Epizod 2: Krwawe żniwa 


- Trzymaj tę kuszę nieco wyżej - instruowała mnie Raven już nieco poirytowana. – O, teraz lepiej. Strzelaj!
Strzała z osikowym grotem wystrzeliła i leciała w kierunku wyznaczonego celu. Niestety, moja ręka zadrżała i strzała, zamiast trawić w głowę ustawionej przede mną kukły, przeleciała tuż obok.
- Cholera! - zakląłem.
- Trzymajcie mnie, bo nie wytrzymam. Czy tak trudno jest strzelić z kuszy?
- Podejrzewam, że z bronią palną poszłoby mi lepiej.
Raven wywróciła oczami, po czym zaśmiała mi się prosto w twarz. Szybkim ruchem wyrwała mi kuszę z ręki, przeładowała i strzeliła prosto w środek głowy sztucznego celu.
- Tak to się robi, Russel. Co do broni palnej, to śmiem wątpić. Jeśli łapa drży ci przy marnej kuszy, to co z odrzutem od porządnej pukawki?
- Jak na przedwieczną wampirzycę, masz bogaty zasób współczesnego słownictwa.
- Phi.
Wraz z Raven wędrowaliśmy już trzy tygodnie i od tych trzech tygodni wampirzyca trenowała mnie, abym stał się lepszym wojownikiem. Starałem się być pojętnym uczniem, jednak nadal miałem pewne braki.
Pora sucha dawała nam się we znaki. Zapasy, które udało się uzbierać mojej towarzyszce powoli się kończyły. Dawno już opuściliśmy pustynne tereny i zbliżaliśmy się do małej osady. Z tego co zdążyłem zauważyć, podążaliśmy na zachód. 
- Riverblood. Zatrzymamy się tutaj na jakiś czas - powiedziała Raven.
- Masz tu jakichś znajomych?
- Jestem tu już bardzo długo. Zdążyłam zaprzyjaźnić się z wieloma osobami.
- Co to za miejsce? – spytałem.
- Riverblood to osada znajdująca się przy krwawej rzece. Niewiele jest tu takich miejsc. Praktycznie przez cały czas są tutaj zbierane zapasy krwi, żeby mieć czym się żywić podczas suszy. Teraz rzeka wyschła, ale kiedy krew znów zacznie padać z nieba, wszystko wróci do normy.
Szliśmy wąską ścieżką przechodzącą przez Riverblood. Miejsce to wydawało się ciche i spokojne. Raven chyba była tu znana, bo każda osoba, jaką mijaliśmy, witała ją z wielkim szacunkiem.  W pewnej chwili do wampirzycy podbiegł mały chłopiec, miał może z dziewięć lat. Chłopak był ubrany w szary podkoszulek, a spodnie miał uszyte z worka po ziemniakach, na nogach miał dwa różne buty; mimo wszystko jego twarz była roześmiana, rude włosy falowały na delikatnym wietrze, a zielone oczy błyszczały radośnie. Raven pogłaskała go po głowie, uśmiechnęła się i powiedziała:
- Witaj, Rolandzie. Chyba znowu urosłeś.
- Naprawdę? Gdzie? - spytał chłopiec, przyglądając się sobie, po czym oboje wybuchli śmiechem. - Rolandzie, poznaj mojego przyjaciela. To jest Russel Fern. Trafił do nas jakiś czas temu.
- Witam pana, panie Fern.
- Miło mi cię poznać, chłopcze.
- Przepraszam, ale muszę już iść, matka kazała mi wracać na obiad.
Chłopiec ukłonił się i pobiegł w swoją stronę. Spojrzałem na moją towarzyszkę, a ta uśmiechnęła się lekko i skierowała przed siebie.  Doszliśmy do jednego z większych domów w osadzie. Jako jeden z nielicznych zbudowany był z czerwonej cegły. Raven zapukała w solidne czarne drzwi. Po chwili w przejściu ukazała się wysoka kobieta w brązowych krótko ściętych włosach i piwnych oczach. Wampirzyca miała na sobie białą suknię albo raczej togę… Trudno mi było to nazwać. W każdym razie wyglądała, jak jakaś bogini z greckiej lub rzymskiej mitologii.
- Raven? - odezwała się pięknym, melodyjnym głosem.
- Pozdrowienia ze wschodu, Lauro.
Kobiety wpadły sobie w objęcia. Laura spojrzała na mnie z zaciekawieniem kątem oka.
- Widzę, że przyprowadziłaś gościa.
- Tak. To mój przyjaciel Russel.
Wampirzyca wyciągnęła w moim kierunku dłoń, nie do uścisku, lecz tak, abym złożył na niej pocałunek. Nieco zaskoczony zrobiłem, co należało.
- Zapraszam do środka – powiedziała Laura.
Wewnątrz dom był przepiękny. W każdym pokoju stały rzeźby, przedstawiające bogów, ludzi i różne mitologiczne stworzenia. Meble były wykonane ręcznie z niewyobrażalną starannością. Usiedliśmy w salonie, Laura podała nam krew w małych dzbanuszkach. Kiedy byliśmy już nasyceni, gospodyni spytała:
- Więc, Russelu, jakież to okoliczności sprowadziły cię do tego przeklętego miejsca?
- Przybyłem tu z własnej woli. Pragnę odnaleźć moją rodzinę.
- Cóż za niezwykłe poświęcenie – odparła, otwierając szeroko oczy.- Od dawna jesteś wampirem?
- Od pięciu lat.
- To niewiele.
- Czasem mam wrażenie, że jednak stanowczo za długo - skwitowałem.
- Russel został przemieniony wbrew swej woli. Został oszukany przez Pradawnego – powiedziała Raven.
Streściłem Laurze moją historię. Wampirzyca słuchała jej z uwagą. Przez chwilę milczała jak zaklęta, myśląc o czymś bardzo intensywnie.
- Idźcie do gospody, zapewne chcecie uzupełnić zapasy krwi na dalszą podróż. Zostaniecie tutaj, czy od razu ruszacie dalej?
- Przyda nam się chwila odpoczynku - powiedziała Raven.
- Doskonale. Przygotuję wam posłanie.
Moja towarzyszka i ja poszliśmy do gospody po zapas krwi, po drodze usłyszeliśmy krzyki i doszedł nas zapach palącego się drewna. Spojrzeliśmy za siebie i zobaczyliśmy palące się wampiry biegające i turlające się, byle tylko ugasić swe ciała.
Raven dostrzegła dym, który wydobywał się w miejscu, gdzie stał dom małego Rolanda. Dziewczyna klepnęła mnie w plecy i pobiegła w tamta stronę. Nie czekając, ruszyłem za nią. Mijaliśmy palące się ciała mieszkańców osady, niektórzy mieli poodcinane głowy i kończyny.
- Bandyci kradną naszą krew! – krzyczeli wszyscy dookoła. 
Kiedy dobiegliśmy na miejsce, naszym oczom ukazała się makabryczna scena: Matka Rolanda klęczała przed jednym z bandytów i błagała go, aby przestał. Wysoki wampir w białych krótkich włosach wyjął swój miecz z pochwy i odciął jej głowę. Raven ruszyła w jego kierunku. Jednak ubiegł ją  Roland, który drasnął napastnika małym nożykiem w twarz.
- Ty mały gnojku! - krzyknął białowłosy.
- Stój!- krzyknęła Raven.
- A ty, to kto?- spytał wampir, uderzając chłopaka w tył głowy, pozbawiając go przytomności.
- Zostaw go!
Zostaliśmy otoczeni przez grupę bandytów. Białowłosy przywódca grupy wrzucił chłopaka na swojego konia - szkieleta, po czym powiedział:
- Jeśli chcesz zobaczyć tego gnojka żywego, spotkajmy się w wąwozie za cztery godziny. Przynieś ze sobą jeszcze sto litrów krwi. Nie zdążyliśmy się najeść. – Po tych słowach wsiadł na konia i odjechał.
Grupa wampirów dosiadła swoich wierzchowców i pognała za hersztem bandy. Raven zacisnęła pięści i zaklęła pod nosem.
- Musimy po niego jechać - powiedziałem.
- Nikt nam nie da stu litrów krwi. Poza tym nie mamy jak tego przewieść – odparła Raven.
- Ale musimy coś zrobić!
- Istotnie. Zostań tutaj i pomóż poszkodowanym. Ja ruszę za tamtą bandą.
- Sama? Odbiło ci!?
- Rób, co mówię! - Raven wskoczyła na konia jednego z mieszkańców osady.- Pożyczam na chwilę. - Mówiąc, to odjechała.


Ciąg dalszy nastąpi…

Czytaj też:

"Otchłań" w częściach na naszym blogu!


lutego 27, 2012

"Otchłań" w częściach na naszym blogu!

 Otchłań to kontynuacja opowiadania "Dusza wampira" Piotra Charchuty, publikowanego w styczniowym i lutowym numerze Miesięcznika Literackiego Neon. Opisuje ono losy głównego bohatera, Russela Ferna, który zginął i przeniósł się do Otchłani - czyli piekła dla wampirów


 
Otchłań
Epizod 1: Trudny start


Obudziłem się po długim marszu. Leżałem w jakimś baraku zbudowanym z ciemnych gnijących już desek.  Wyjrzałem przez okno. Przede mną nie było niczego prócz pomarańczowego piachu. Niebo mieniło się krwistą czerwienią. Nigdy wcześniej nie widziałem nieba bez słońca. Mimo tego było jasno. Znajdowałem się w Mrocznej Otchłani nazywanej piekłem dla wampirów. Trafiłem tutaj, ponieważ pragnąłem odszukać rodzinę. Z pomocą wampira Kaela de Kvatcha przedostałem się do tego niegościnnego świata.
Na stoliku stojącym koło okna znalazłem dzbanek, w którym znajdowała się czerwona ciecz. Pachniała wyśmienicie. Domyśliłem się, że to mój dzisiejszy posiłek. Wziąłem dzban w ręce i zanurzyłem usta w przepysznym nektarze.
- Nie tak łapczywie - powiedziała Raven, stając w przejściu i opierając się o drzwi do naszej kryjówki.- Mamy porę suchą. Krew nie spada nam z nieba jak zazwyczaj.
Słysząc to, zachłysnąłem się.
- Ekhu… Znaczy… To znaczy, że krew pada tutaj jak deszcz?
- Taaa - odparła wampirzyca. - Musisz się dowiedzieć co nieco o tym świecie, bo inaczej zginiesz marnie.
- W takim razie zamieniam się w słuch.
Raven wzięła ode mnie dzban z krwią i napiła się.
- Mało jest wampirów, które wiedzą o tym przeklętym miejscu, zanim zostaną zabite. Zawsze chciałam zobaczyć minę tego pierwszego, który tu trafił.
- A wiesz, kim on jest? – spytałem.
- Krążą plotki… Ale mniejsza o to. Trafiłeś tutaj w najgorszym momencie. Pora sucha nie jest najprzyjemniejsza. W ogóle to nic tu nie jest przyjemne. W trakcie suszy rozpoczyna się zaciekła walka o krew. Ten, kto ma spory zapas, pada ofiarą innych. Niektórzy głodują, a to nie jest miłe. Jeśli masz tu przyjaciół, jesteś szczęściarzem; gorzej, gdy nikt cię nie lubi. Nie chciej, żeby cię zabito po raz drugi.
- Jak to po raz drugi?
- Normalnie. Wystarczy, że odrąbią ci łeb albo wbiją osikowy kołek prosto w serce. Jeśli tak się stanie, przestajesz istnieć.
Przełknąłem ślinę i spojrzałem w okno. Zaczęło wiać. Pomarańczowy piasek zaczął wirować delikatnie nad ziemią. Przypomniało mi to wypad nad morze; Scotta zawsze to fascynowało i zadawał mnóstwo pytań.
Z zamyślenia wyrwał mnie dotyk Raven, która położyła dłoń na moim ramieniu.
- Przejdźmy się - zaproponowała.
Jakiś czas później siedzieliśmy w karczmie. Jak się okazało, w Mrocznej Otchłani wampiry miały swoją własną cywilizację, jednakże każdy z nich wolałby wrócić do normalnego świata. Rozumiałem ich. Wampiry to łowcy, muszą polować. Susza ograniczała dostęp do krwi. Z tego, co po drodze mówiła mi Raven, żeby dostać krew, trzeba było zapłacić. Tutaj nie było pieniędzy, więc oddawało się różne przysługi. Niektóre były zwyczajne, czyli pomóż mi sprzątnąć ten bałagan, a inne dotyczyły „przekonania” pewnych osobników w odpowiedni sposób do spłacenia długu.
- Wiem, że to wszystko wygląda strasznie - powiedziała wampirzyca.
- Nikt nie sprawuje tu jakieś władzy?
- Jeśli tyrania jest dla ciebie sprawowaniem władzy, to i owszem. Niedaleko stąd jest Szkarłatna Cytadela. Zamieszkują ją Pradawni.
- Czyli pierwsze wampiry.
- Właśnie. Jedne z najpotężniejszych. Marcus Kayne i ukochana Draculi.
Otworzyłem szeroko oczy ze zdumienia.
- Nie ty pierwszy i nie ostatni tak reagujesz. Tak, Dracula istnieje. On jest pierwszym  spośród Pradawnych. Jego ukochana była jedną z trzech wiedźm, które go stworzyły.
- Fascynujące. Co z tą cytadelą?
- Cytadela to święte miejsce dla tej przeklętej dwójki. Jest bardzo świetnie i dobrze strzeżona, i tylko raz udało się ją zdobyć. Niejaki Kael de Kvatch wtargnął tam ze swoją drużyną i dokopał Marcusowi i Karmillii, jednak oni przeżyli, nie wiem, jakim cudem, a cytadelę odbudowano.
- Kiedy spotkałem Kaela, jakoś mi się tym nie chwalił.
- Znałeś go?! To jego poprosiłeś, aby cię tu sprowadził?
- Tak.
- Masz fart. Zawsze chciałam go poznać.
Raven spojrzała w kierunku baru i kiwnęła głową do gościa w blond włosach ubranego w czarny podkoszulek, stojącego za barem. Facet miał zielone oczy.
- Zaczekaj. Muszę odebrać zapłatę.
- Jasne.
Wampirzyca weszła z blondynem na zaplecze. Po chwili podszedł do mnie wysoki, napakowany krwiopijca z czerwonym irokezem na głowie. Zmierzyłem go wzrokiem. Głowa, potem tors (facet przesadza ze sterydami), nogi i ręce miał tak wielkie, że nie objąłbym ich obiema rękami. Wyglądał strasznie. Wiem, że był wampirem, ale jego wygląd był, krótko mówiąc, nienaturalny. Oparł się dłońmi o blat i nachylił się w moją stronę.
- Nowy? - spytał.
Rozejrzałem się dookoła. Wszyscy patrzyli teraz w naszą stronę. Poczułem, że nie jest ciekawie.
- Tak. Jestem nowy - odparłem.
- I znasz mojego braciszka.
- Eee… Kogo?
- Kaela de Kvatch!!! – wrzasnął, po czym chwycił za stolik i rzucił nim w okno. – Szkoda, że nie mogę mu pogruchotać kości, ale skoro tu trafiłeś, to zadowolę się twoimi!
Wielki Steryd chwycił mnie za głowę swoją wielgachną łapą i uniósł w górę. Wampir zarechotał. Wielkolud zasłonił mi całą twarz. Musiałem zaryzykować. Podkurczyłem nogi i skierowałem je przed siebie, wyrzucając je z całej siły. Kopnąłem giganta prosto w twarz, on się zatoczył, a ja upadłem na ziemię. Kilka osób wstało i wyciągnęło noże, miecze i topory.
- Co to, kurwa, jest? World of Warcraft?
- Ty głupi pokurczu! – ryknął Steryd.
Podniosłem głowę i zobaczyłem nadbiegającą w moim kierunku wielką masę mięcha. To były ułamki sekund. Chciałem się jakoś odbić, ale zobaczyłem, że ktoś wyskoczył zza moich pleców i wymierzył kopniaka osiłkowi prosto w czoło. Wielkolud przekoziołkował kawałek i wpadł na trójkę krwiopijców stojących za nami.
Okazało się, że postacią, która zadała Sterydowi cios, była Raven. Spojrzała w moją stronę.
- Widzę, że poznałeś już Setha.
- Uratowany przez kobietę. To trochę dziwne.
- Później mi podziękujesz! Chodź! – mówiąc to, chwyciła mnie za rękę i wyskoczyła przez okno.
Biegliśmy przed siebie, a za nami biegło chyba z osiem wampirów. Schowaliśmy się miedzy dwoma budynkami, a pogoń minęła nas, bardziej skupiając się na biegu niż na nas.
- To… też było dziwne. Jak w kreskówce.
- W czym? – spytała Raven.
- W filmie animowanym. – Wampirzyca patrzyła na mnie jak na wariata. – No wiesz, w telewizji. – Po chwili zrozumiałem, że musiała tu już trafić bardzo dawno temu. – Rany, ale ty musisz być stara.
Po tych słowach poczułem silny ból pośrodku głowy. Raven uderzyła mnie z całej siły z pięści. Była wkurzona jak sto pięćdziesiąt.
- Przepraszam. Następnym razem ugryzę się w język, zanim coś powiem.
- No, ja myślę. Teraz chodź, wrócimy do domu i zaczniemy przygotowania do wyprawy.
- Jakiej znowu wyprawy?
- Mówiłeś, że masz rodzinę do odnalezienia. Więc nie traćmy czasu.
Ruszyliśmy do domu. Czułem się jak dziecko zagubione w nowym miejscu, ale na szczęście miałem wsparcie. W mojej głowie roiło się mnóstwo pytań, a w sercu rodziła się nadzieja. Nadzieja na to, że ponownie będę szczęśliwy z moją rodziną.

Ciąg dalszy nastąpi…